• O niezwykłej jak na dzisiejsze czasy fermie pisze niemiecki Agrarheute. Chodzi o rodzinne gospodarstwo Weserbergland Milch w Ottenstein w Dolnej Saksonii.
  • Prowadzi je dwupokoleniowa rodzina Schomburgów, która całkiem świadomie zrezygnowała z robotów w procesie udoju bydła.
  • To chyba jedyna taka mleczna ferma o tej skali produkcji w całej Unii Europejskiej.

Agrarheute opisuje niezwykłą jak na dzisiejsze czasy fermę. Chodzi o rodzinne gospodarstwo Weserbergland Milch w Ottenstein w Dolnej Saksonii.

Prowadzi je dwupokoleniowa rodzina Schomburgów, która całkiem świadomie zrezygnowała z robotów w procesie udoju bydła.

To chyba jedyna taka mleczna ferma o tej skali produkcji w całej Unii Europejskiej.

Dlaczego ferma mleczna nie korzysta z robotów udojowych?

Jak czytamy, rolnicy utrzymują obecnie stado 1300 mlecznych krów w 6 lokalizacjach. Największa jest najnowsza obora na 700 krów, która została zbudowana zaledwie kilka lat temu – w 2022 roku. Pozostałe obiekty inwentarskie też jednak nie są wiekowe i spełniają wszystkie współczesne normy hodowli i dobrostanu. Dlaczego więc rolnicy nie korzystają z robotów udojowych?

Z wyjaśnień gospodarzy wynika, że decyzja ta jest w pełni świadoma i oparta na niemiłych doświadczeniach z maszynami. Z reportażu na niemieckim portalu branżowym dowiadujemy się, że hodowcy dwukrotnie dawali szansę nowoczesnej technologii, ale za każdym razem się zawiedli.

Roboty udojowe zawiodły. Co wydarzyło się w latach 2012–2015 i w 2021 roku?

W latach 2012–2015 rodzina Schomburgów zainwestowała w robota i korzystała z technologii automatycznego dojenia w jednej oborze. Ciągłe awarie maszyny, przestoje i stres spowodowany koniecznością z jednej strony zadbania o zwierzęta, a z drugiej terminowego dostarczenia mleka do mleczarni, spowodowały, że rolnicy pozbyli się robota.

Kolejna próba z robotem udojowym miała miejsce w 2021 r., gdy Schomburgowie odkupili od innych rolników kolejną, nowoczesną oborę, która była już wyposażona w system automatycznego udoju. Roboty były wyprodukowane przez inną firmę niż poprzednio testowane, ale też nie spełniały oczekiwań nowych właścicieli. W efekcie po półtora roku stacja udojowa została definitywnie usunięta z obory.

Pracownicy z Rumunii i Azerbejdżanu: jak ferma organizuje dojenie 1300 krów?

Odtąd Schomburgowie zamiast na maszynach polegają jedynie na swoich pracownikach. W ich gospodarstwach zatrudnionych jest 35 osób, które doją krowy ręcznie – tzn. dojarkami przewodowymi – w systemie trzyzmianowym. Tak liczny personel to i tak według dobrze już sprawdzonego systemu organizacji pracy na farmach 110–120 proc. zapotrzebowania. Dzięki temu jednak choroba czy jakiś losowy przypadek jednego dojarza nie zakłóca normalnej pracy przy krowach. Pracownicy „nadwyżkowi” wykonują po prostu inne prace w gospodarstwie – obsługują maszyny, zajmują się cielętami itd.

Rodzina Schomburgów przyznaje, że znalezienie w obecnych czasach pracowników, którzy mają już umiejętność ręcznego dojenia krów, to prawdziwe wyzwanie. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej to już raczej niemożliwe. Dlatego od kilkunastu lat dojarze rekrutowani są głównie w Rumunii, ale także na Bałkanach lub w krajach azjatyckich.

Obecnie na farmie pracuje np. 14 dojarzy z Rumunii i 3 z Azerbejdżanu – wylicza Agrarheute. Przez lata takiej działalności rodzina mleczarzy zbudowała krąg około 60 rumuńskich pracowników, którzy regularnie wracają sezonowo na farmę i wymieniają się w pracy, a przywożą też swoich krewnych i znajomych, którzy chcą dorobić, pracując na Zachodzie.

Dzięki tym znajomościom córka młodych następców gospodarzy biegle już mówi po rumuńsku. Pozostali członkowie rodziny znają podstawowe zwroty, a na co dzień w rozmowach z personelem polegają na „tłumaczach” w aplikacjach zainstalowanych na smartfonach. A ponieważ od zagranicznych pracowników zależy tak naprawdę prowadzenie działalności i byt rodziny, dba ona o dobrą atmosferę w pracy i od 15 lat je wspólnie obiad ze swoim personelem. Niedawno zakupiła też dodatkowy budynek, który ma pełnić rolę zakładowej świetlicy i miejsca integracji.

Wydajność i ceny skupu mleka: co dziś decyduje o opłacalności?

Fakt, iż hodowcy zrezygnowali z robotów udojowych, nie znaczy jednak wcale, że zupełnie unikają nowoczesnej technologii. Wręcz przeciwnie. W oborach działa np. system monitorowania zdrowia krów, który umożliwia wczesne wykrywanie ewentualnych chorób i zagrożeń dla zwierząt. To jednak przede wszystkim stały, codzienny kontakt z opiekunami sprawia, że zwierzęta są dobrze zaopiekowane i zdrowe.

Nietypowy model funkcjonowania farmy mlecznej w Dolnej Saksonii daje jednak doskonałe rezultaty ekonomiczne. Według hodowców średnia wydajność mleka wynosi ponad 12 000 kg na każdą krowę. Rodzina Schomburgów nie remontuje stada w oparciu o własne jałówki, ale dokupuje je od sprawdzonych hodowców bydła.

Stawka za mleko dobija opłacalność. Rolnicy nie rezygnują

Jak czytamy, gospodarstwo Weserbergland Milch zaczynało swoją działalność w 1986 roku od 18 krów i 7 loch. Dziś produkuje mleko od stada 1300 krów. Niestety, doskonała organizacja procesów i dobra wydajność nie gwarantują już dziś ekonomicznego sukcesu, ze względu na niskie ceny skupu. Stawka około 32 centów za kilogram mleka nie jest wystarczająca z punktu widzenia producentów. Musiałaby ona wynosić co najmniej 40 centów, by hodowcy mogli spać spokojnie.

Mimo to rolnicy z Ottenstein nie rozważają zmian na fermie i trzymają się swojej strategii działania opartej na ludziach, a nie zawodnych maszynach – czytamy w reportażu Agrarheute.